Zarejestruj    Zaloguj    Dział    Szukaj    FAQ

Strona główna forum » Eksploracja » Pomniki i miejsca pamięci » Pomniki i miejsca pamięci - Śląskie




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 27 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2
Autor Wiadomość
 Post Napisane: 17 lis 2013, o 21:23 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 10 lip 2011, o 21:41
Posty: 66
Lokalizacja: Czerwionka-Wiyrchni Slonsk
Imię: ewa
http://www.silesia-schlesien.com/index. ... 37:artykuy


Dr Ewald Stefan Pollok - Powojenne polskie obozy koncentracyjne

W powyższym artykule pokażę jak działały trzy obozy koncentracyjne po wojnie w Polsce.

Łambinowice, i „Zgoda” Świętochłowice nie były jedynymi obozami jakie istniały po wojnie na Śląsku. Odnotowuję rownież sprawy dotyczące obozu w Potulicach. Amerykański dyplomata pisał w 1945 r. w Berlinie: „Obozy koncentracyjne nie zostały rozwiązane, lecz przejęte przez nowych właścicieli. Najczęściej kierowane są przez polską milicję. W Świętochłowicach więźniowie, którzy nie zmarli z głodu lub wskutek pobicia, muszą stać po szyję w zimnej wodzie do momentu aż umrą”.

W trakcie moich badań doliczyłem się na terenie woj. opolskiego 213 obozów i 9 więzien, na terenie pow. olsztyńskiego 120, a w całej Polsce doszedłem do liczby 1311, choć jeszcze badań nie zakończyłem.

Za powojennym obozowym drutem - Łambinowice

Obóz ogrodzony był płotem drucianym a jego obszar zamykał się w prostokącie 300 na 150 metrów, pilnujący strażnicy rekrutowali się z okolic Będzina, Jasła i Golubia-Dobrzynia, byli w wieku 17-23 lat i nie ukończyli szkoły podstawowej, a pracę przyjęli „z chęci przygód i wyżycia się”.

W czasie narady w starostwie niemodlińskim na temat rozwiązania problemu narodowościowego spisano 14 lipca 1945 r. protokół, w którym czytamy między innymi: „Zebrani postanowili na podstawie danych przedstawicieli Starostwa Powiatowego, Zarządu m. Niemodlina, Komendy Powiatowej Milicji Obywatelskiej, Komisariatu MO w Niemodlinie, Powiatowej Komendy U.B.P., sekretariatu powiatowego kom. P.P.R. oraz państwowego Urzędu repatriacyjnego, w obliczu niemożliwości rozwiązania innymi drogami problemu osiedlenia na terenie naszego powiatu - stworzenie obozu koncentracyjnego dla Niemców. (podk. autora). Obóz będzie zdolny do przyjęcia pierwszych oddziałów więźniów najdalej 25 lipca 1945 roku”.

„W związku z osadzeniem repatriantów, na podstawie rozporządzenia wojewody, przeprowadza się akcje wysiedlania Niemców z gospodarstw i obozowania ich, celem izolowania ich od Polaków i wykorzystania w pełni jako siły roboczej. Przeprowadzono wysiedlenie wsi Bielice, a wysiedlonych ulokowano w obozie odosobnienia w Łambinowicach. Prace przygotowawcze do wysiedlenia innych wsi są na ukończeniu”1.

Wg. niemieckiego lekarza obozowego dr Essera, który prowadził prywatny tajemny rejestr i po opuszczeniu obozu wydał w Niemczech książkę „Piekło Łambinowic”2, w której pisze, iż przebywały tam 8064 osoby, w tym 7236 było pełnoletnich i 828 dzieci. Strona Polska przyznała w 1991 roku, że osadzono w obozie około 6-7 tys. Według Essera zginęło 6.480 mężczyzn, kobiet i dzieci. Prokuratura w Hagen (Niemcy), wszczęła przed laty postępowanie przeciwko polskim strażnikom, zarzucając im spowodowanie czynne i bierne śmierci 6 480 osób. Jeden z osadzonych w obozie p. Thiel podał, że zginęły tam 3 292 osoby. Przy czym dane te przyjął z wyliczenia, jakie w marcu 1946 r. zarządził trzeci komendant obozu. Przejrzano wówczas wszystkie posiadane (czy faktyczne, tego nie wiadomo) dokumenty i doliczono się tej liczby. Według p. Nowaka, który sporządził spis uwięzionych i zmarłych na podstawie znalezionych czterech zeszytów i dwóch kartek. Tew cztery zeszyty to niepełna dokumentacja i tak ja należy widzieć. Zarejestrowanych było 2034 więźniów obozu, w tym 1419 mężczyzn i 615 kobiet. W tej liczbie było 350 dzieci do lat 14-tu obydwu płci. Zmarło 730 osób to znaczy 35,9% zamkniętych, losy 208 osób nie są znane, 57 zostało wywiezionych do Jaworzna i nie wiadomo co się z nimi stało. Dwunastu osobom udało się zbiec z obozu.

W Cieniu Łambinowic czytamy: „Należy wątpić, aby ewidencja była prowadzona dokładnie. Podczas kontroli ze strony specjalnej komisji, powołanej przez wojewodę śląsko-dąbrowskiego stwierdzono, że niektóre zgony były ukrywane i nie ewidencjonowane. Sytuacje takie były możliwe. Jako poświadczenie tego można przytoczyć fragment zeznania Franciszka Pampucha - jednego z tzw. niemieckich komendantów sali: »Wszystkich, którzy odeszli z obozu, wykreśliłem z księgi nie zastanawiając się nad tym, dlaczego ludzie ci nie wrócili do baraku«.

Do obozu doprowadzano mężczyzn, kobiety i dzieci, którzy zostali wysiedleni z okolicznych wiosek: Bielice, Jaczowice, Wesele, Szczepanowice, Gracze, Jakubowice, Klucznik, Korfantów, Kuźnica Ligocka, Ligota Tułowicka, Lipowa, Lipno, Magnuszowice, Oldrzychowice, Przechód, Szydłów. Częściowo z wiosek: Piechocice, Goszczowice, Grabiny, Niewodnik, Pleśnicy, Malerzowic, Skorogoszczy, Wierzbia, Przydroża Wielkiego jak również mieszkańc Niemodlina i Prudnika. Więźniowie obozu mieli być wywożeni w ramach wysiedlenia do Niemiec, ale wcześnie wykorzystywano ich jako tanią siłę roboczą do prac w polu, lasach i przemyśle. Mowa tu jest o osobach mówiących językiem niemieckim, choć zamykano również posługujących się mową śląską. Sołtys wsi Kuźnica Ligocka pan Staisz przypomina sobie te czasy: „Wojsko polskie i cywile w sposób brutalny wypędzali ludzi z mieszkań (...) Widziałem osobiście, że podczas akcji żołnierze i cywile bili miejscową ludność oraz rabowali ubrania, obrączki i inne wartościowe przedmioty (...) musieli pieszo przejść 12 km do Łambinowic. W czasie drogi żołnierze polscy i cywile bili tych ludzi, którzy nie mogli iść (...) Po przybyciu na teren obozu zostaliśmy dotkliwie pobici przez strażników...”

Szef obozu Czesław Gęborski, 20 letni wówczas mężczyzna na tak poważnym stanowisku (!!??) przyznał, „że być może w obozie byli osadzeni Polacy (a raczej Ślązacy mówiący swoją mową - wyj. autora), jednak mówili tak niezrozumiałą gwarą, że trudno było ich uznać za Polaków lub wyróżnić spośród Niemcow”.

Świadek Jan Szczęsny podał do protokółu przed Sądem Wojewódzkim w Opolu: „Pod koniec lipca została wysiedlona pierwsza wioska Bielice. Wszyscy mieszkańcy zostali osadzeni w tym obozie. Po przewiezieniu ich samochodami na teren obozu przeprowadzona była ścisła rewizja, w czasie której zabierano im wszystkie przedmioty i części garderoby, jakie ze sobą mieli opuszczając wieś.”3

Pani Łucja Kurian powiedziała: „28 września 1945 r. wieś Ligota Tułowicka została otoczona przez MO i UB. Rozkazano nam wszystkim zebrać się na pastwisku. Ponieważ nie byliśmy uprzedzeni o wysiedleniu, zdążyliśmy zabrać tylko odzież i trochę żywności. Nie wiedzieliśmy, co nas czeka, jednak wszyscy spodziewali się, że wywiozą nas z wioski. Osadnicy czekali już na gospodarstwa i mieszkania. Pytano się, kto jest Polakiem. Matka zgłosiła się, ze potrafi mówić po polsku. Ponieważ reszta rodziny nie potrafiła, wszystkich nas zabrano do obozu. Mężczyźni szli pieszo. Kobiety z dziećmi jechały na samochodach”.

Strażnik obozu Ryszard Wojtusiak zeznał przed sądem: „Osobiście brałem udział w takim wysiedlaniu. Wieczorem wyjechaliśmy wówczas samochodem do Niemodlina, skąd o 4 rano razem z funkcjonariuszami MO i UB wyjechaliśmy do wioski, której nazwy dokładnie nie pamiętam, być może była to Grabina lub Żabina. Nasza rola jako strażników ograniczała się do tego, że obstawialiśmy wieś dookoła, a jacyś przedstawiciele Powiatowej Komendy MO lub UB dokonywali wysiedlania w wiosce. Wszystkich ludzi wysiedlonych prowadzono pieszo do obozu w Łambinowicach. Po przybyciu na miejsce przeprowadzana była rewizja, w czasie której odbierano im wszystkie przedmioty, jakie mieli ze sobą”.

Świadek, Jan Staś, zeznał: „W dniu 30 lub 31 sierpnia 1945 r. mieszkańcy wsi Kuźnica Ligocka, a w tej liczbie i ja, zostali wysiedleni przymusowo i umieszczeni w obozie w Łambinowicach. Akcja wysiedleńcza wyglądała następująco: o świcie do naszej wsi przyjechały samochody ciężarowe w liczbie około pięciu, z wojskiem i osobami cywilnymi...Wojsko i cywile w sposób brutalny wypędzali ludzi z mieszkań, a następnie grupowali ich w ogrodzie Jana Lisonia. Widziałem osobiście, że podczas tej akcji żołnierze i cywile bili miejscową ludność oraz rabowali ubrania, obrączki i inne wartościowe przedmioty. Do wspomnianego ogrodu spędzeni zostali wszyscy mieszkańcy wsi Kuźnicy Ligockiej, w tej liczbie również kobiety, starcy, dzieci. Następnie zebrano nas na podwórku przed szkołą, skąd pieszo wyruszyliśmy do Łambinowic odległych o 12 km. W czasie drogi żołnierze i cywile bili tych ludzi, którzy nie mogli iść lub wychodzili z kolumny. Po przybyciu na teren obozu w Łambinowicach zostaliśmy dotkliwie pobici przez strażników tegoż obozu...”4

Procedura rejestrowania sprowadzonych pod przymusem mieszkańców okolicznych wiosek odbywała się również w nieludzkich warunkach. W większości wypadków doprowadzeni do obozu musieli stać na placu przed barakiem rejestrującym nowo przybyłych przez dzień a nawet dwa, w słońcu lub deszczu.

Władysław Duchniak, pracujący w kancelarii obozu zeznał: „Przedmioty osadzonych były odbierane, ale nie prowadziło się ich ewidencji, tylko dzielili je między sobą wartownicy, a resztę zabierali funkcjonariusze PUBP”

Codziennie rano odbywały się apele, w których każdy uwięziony musiał brać udział, obojętnie czy był zdrowy, chory czy też ledwie powłóczył nogami ze starości. Jeżeli ktoś upadł, lub specjalnie został spoliczkowany przez strażnika, czy też uderzony kolbą tak, że padł, to wówczas reszta strażników rzucała się na niego i biła tak długo, aż wyzionął ducha. Mężczyznom kazano zakładać hełmy i śpiewać niemieckie pieśni, a w czasie tego śpiewu byli bici młotami, siekierami w tenże hełm, tak że krew lała się po całej twarzy. Wydawano rozkaz, by wchodzili na drzewa a inni więźniowie musieli te drzewa ścinać. Często przy wchodzeniu na drzewa strzelano do nich jak do „ruchomych celów”. Podczas gimnastyki kazano kłaść się na ziemi a strażnicy chodzili po leżących, nie patrząc gdzie stawiają nogi. „Bito i lżono tych, którzy »ćwiczeń« nie potrafili wykonywać lub wykonywali nie tak, jak życzyli sobie strażnicy”. Ponieważ większość osadzonych nie znała polskiego, a tylko w tym języku wydawano komendy, za złe ich wykonanie groziły dodatkowe kary. Maria Titze zeznała: „Podczas gimnastyki strażnicy chodzili nogami po ludziach”.

Strażnicy wzywali do siebie kobiety, dziewczyny i gwałcili je często na oczach innych. Niesubordynacja była ciężko karana.

Podstawą wyżywienia był jeden litr gorącej wody a w niej 1-2 ziemniaki na śniadanie i tyleż samo na obiad. Ziemniaki były stare, często zgniłe. Pracownica kuchni obozowej p. Maria Titze zeznała, że „chleba nie było często nawet przez 4 tygodnie. Do picia przygotowywano herbatę z trawy i ziół, które zbierano na terenie całego obozu, dlatego też po kilku tygodniach na placu obozowym nie było ani jednej trawki. Świadkowie twierdzili iż: „ludzie umierali z głodu i chorób, które powstały na skutek niedożywienia”. Dzienną rację wyżywienia uwięzieni oceniali na około 400-600 kalorii.

Musieliśmy szukać puszek, które pozostały jeszcze po jeńcach i leżały porozrzucane na terenie obozu, zastępowały nam one talerze i miski do jedzenia. Wszyscy otrzymywali to samo jedzenie. Niemowlęta krzyczały dzień i noc. Wielkie umieranie ogarnęło nie tylko mężczyzn, ale również kobiety i dzieci. My z głodu byliśmy tacy słabi, że nie mogliśmy chodzić, do tego ciągłe obawy - co teraz nowego wymyśli polska milicja.

„W obozie maltretowano, kopano, deptano i zabijano (…). Znajdowały się tam groby długości 150 metrów, szerokości 24 metrów i 2 m głębokie”, zeznał Erwin Kubon podczas rozprawy sądowej. „Bito ludzi, traktowano ich źle, włóczono po placu apelowym. Zabity został stary komunista”, opowiedział sądowi Jan Staisz. Jeden ze strażników, Roman Rydzyński oświadczył: „Ludzi bito, kopano, deptano. Z przyprowadzonych do obozu 20 Niemców, zabito 9 a dziesiątego zastrzelił Gęborski. Więźniów zabitych chowano do dołu znajdującego się za barakami. Dół wykopali więźniowie”. Grabarz napisał: „najpierw grzebano trupy w rowach przeciwlotniczych na terenie obozu a później na nowym cmentarzu” po 170 osób w rzędzie. Więźniowie byli wykorzystywani do prac ekshumacyjnych niemieckiego obozu jenieckiego. Zwłoki wykopywali gołymi rękami. Jeden ze świadków opowiedział: „Zdarzyło się, że więzień przypadkowo wpadł do takiego grobu i z uwagi na to, że zwłoki były już rozłożone - stanowiły taką potworną maź - tonął w tym”.

4 października 1945 roku palił się drewniany barak stojący na terenie obozu. Według zeznań naocznych świadków, został specjalnie podpalony przez strażnika Ignacego Szypułę. Świadkowie przypominają sobie ten dzień: „Wyznaczono do gaszenia mężczyzn i kobiety. Kobiety nabierały wodę i piasek do naczyń i pojemników, a mężczyźni nosili i wysypywali na płomienie(...) Do gaszących ogień niespodziewanie otworzono ogień z broni. „Zaczęto bić i znęcać się nad nami. Ludzie uciekali w panice i popłochu”, oświadczyła Łucja Kurian. Inny świadek, Helena Bauch, powiedziała: „Byłam w obozie. Widziałam jak palił się barak. Posłano nas z beczkami po wodę. Mężczyznom kazano wejść na dach i nie pozwolono zejść. Dach zapadł się, a wszyscy oni wpadli do ognia i żywcem się spalili”.

W trakcie procesu Gęborski przyznał, że wydał rozkaz ustawienia karabinów maszynowych wokół płonącego baraku, i że miały one być straszakiem dla ewentualnych uciekinier.

W czasie gaszenia strażnicy otworzyli niespodziewanie ogień z karabinów. Wśród więźniów zapanowała panika. Część osób ze strachu wbiegała do palącego się baraku, z którego później wyciągnięto zwęglone zwłoki. Reszta uciekała na oślep, aby być dalej od karabinów. Strażnicy gonili te osoby po terenie obozu; urządzono na nich regularne polowanie. Jak później stwierdzono, wartownicy w czasie pożaru byli pijani. Według oficjalnych źródeł doliczono się 48 zabitych. Więźniowie podają dużo wyższe liczby a lekarz obozowy dr Esser mówi o 581 zamordowanych.

W trakcie przesłuchania sądowego mjr L. Fojcik podał do protokołu: „Stwierdziłem, że na terenie obozu, w tylnej jego części znajdował się dość duży, moim zdaniem, cmentarz, biorąc pod uwagę ilość ludzi znajdujących się w obozie. Widziałem jeden grób, w którym znajdowało się kilka trupów przykrytych cienką warstwą ziemi, spod której widać było części ciała.

Mitschke pisał, że podczas apeli byli często bici przez strażników. Najstraszniejsze były jednak noce, kiedy to pijani strażnicy chodzili po blokach. Często słychać było strzały karabinowe. Osadzonym dokuczał głód, pchły i wszy.

H. Aschmann uważa, że noc z 25/26 lipca była najstraszniejsza. Do obozu przybyło wówczas 40 nowych osób z czego w nocy 15 zostało zamordowanych lub zmarło w wyniku tortur. Osoby te nie były jeszcze rejestrowane.

Jedna z matek twierdziła, że widziała jak kobieta rozpoznała w obozie swego męża i z radości podeszła do niego. Za to oboje musieli trzy dni leżeć w prażącym słońcu z twarzą zwrconą do góry. W tym czasie nie otrzymali jedzenia. Oboje nieco później zmarli. Inny uwięziony opowiadał jak to w czasie wieczornych apeli prawie codziennie zabijano kolbami 4-8 osob.

„Na moich oczach w południe kolbami zabito 4 starszych mężczyzn i 18-letniego chłopaka. Sam miałem być wraz z 25 mężczyznami rozstrzelany. Moje życie zawdzięczam tylko temu, że komendant prac polowych w ostatniej chwili wyciągnął mnie z szeregu i zabrał do pracy w polu. Pozostali mężczyźni zostali przez strażników bici a później za barakiem rozstrzelani. Musieliśmy podejść i gołymi rękami zagrzebać ich w ziemi”. Jedna z więźniarek powiedziała, iż w obozie straciła swoją 10 letnią córkę, matkę, siostrę, brata, dwie szwagierki i szwagra. Mężczyzna należący do grupy, której celem było chowanie zmarłych zeznał, że po codziennych apelach musiał grzebać do 15-tu zmarłych i zabitych.”

Dr. Esser pisał: W obozie często strzelano do wszystkiego co się ruszało. Kiedy więźniowie szli do ubikacji, część została potraktowana salwami z karabinów. Gdy ubikacje były pełne, strzelano do czekających przed nimi.

2 września z pracy w polu powróciło 100 kobiet, którym kazano maszerować wokół placu i każda z nich dostała po 25 uderzeń kijami. U niektórych skóra została przecięta i widać było mięso. Część z nich zmarła w ciężkich cierpieniach. Któregoś dnia przyprowadzono człowieka z brodą, któremu wmawiano, że jest byłym SS-Führerem, mimo iż posiadał wiarygodne papiery oczyszczające go z tego zarzutu, zajęto się nim bliżej. Brodę przykręcono do imadła i zaczęto się nad nim znęcać. Stwierdziłem po dwóch godzinach jego śmierć, oderwaną brodę, spaloną cześć twarzy, wyrwane paznokcie, złamaną nogę, złamane obie ręce, pękniętą czaszkę.

Posiadaczowi restauracji w Tułowicach wmawiano, iż był w SS. Mimo, iż oponował, ośmiu wartowników wyprowadziło go za baraki. Godzinę później stwierdziłem jego śmierć oraz 17 ran kłutych, najprawdopodobniej bagnetem i dwa otwory w głowie i piersi od użycia broni.

Najbardziej szykanowani byli nauczyciele, urzędnicy, kupcy i księża. Milicja często wbijała niektórym więźniom igły za paznokcie, kneblowano ich, polewano moczem i ekskrementami (np. Alois St. z Pruszkowa), kazano mężczyznom i kobietom rozebrać się i biciem zmuszano do różnych sadystycznych poczynań seksualnych czy do jedzenia ekskrementow (inz. Sch. z Berlina). Musiałem patrzeć jak ciężko chore kobiety i 14-letnie dziewczyny były gwałcone

W obozie ofiarami śmierci padały całe rodziny. Zginęła rodzina gospodarza Artel. Ojcu Josefowi rozbito głowę szpadlem. Obozu nie przeżyły także: jego żona Agnes, córka Therese i z najbliższej rodziny Hedwig z domu Micklitz; Gretel z domu Langfeld mężatka i jej trzyletnia cka Helga; wdowa Maria; Helene z domu Simmchen i jej dziecko Mariechen. Anna została żywcem pogrzebana

Z rodziny Langfeld nie przeżyli obozu: Franz 76 lat, jego żona z domu Hoffmann, córka Hel ene mężatka, córka Gretel opisana wyżej w rodzinie Artel, córka Emilie wdowa i syn Paul 44 lata, jego żona Agnes, ich córka Mia 16 lat. Anna z domu Drutschmann

Rodzina Ludwig; Josef ogrodnik 87 lat, został zabity. Jego synowa Martha z domu Tietze, położyła kwiaty w miejscu gdzie pochowano jej tejścia, została za to pobita na śmierć. Hildegard i jej 11 letnia córka oraz 16-letni syn Bruno. Anna z domu Thauer.

Rodzina Drutschmann. Albert gospodarz 70 lat, i jego żona Ottilie 70 lat, zostali zastrz eleni. Therese z domu Schmolke, została krótko po urodzeniu dziecka zmuszona do wstania i przez wartowników pobita. Zmarła w tym samym dniu. Zmarli również, jej dopiero co urodzona cka Helene i jej jednoroczna cka Gertrud i syn Josef, Maria z domu Hanke, Anna z domu Schmolke i Berta. Helene z domu Sauer, dostarczono do więzienia w Niemodlinie, gdzie została zamordowana. Dominikus, gospodarz, został zabity tak jak i jego żona Emilie z domu Hansel i siostra Agnes5.

Pewna część mężczyzn zwolniona przez Rosjan, została natychmiast przez Polaków zamknięta. Ze strachem oczekiwaliśmy na to, co się będzie dalej działo. Pojedyncze osoby zostały wyprowadzane do innego pomieszczenia. Trzej polscy żołnierze, jeden z nich trzymał w ręce gumową pałkę grubości ręki, stali przy moim wejściu przed ławką, ociekając potem. Tłumacz wyjaśnił: »Otrzyma pani 10 uderzeń, jeżeli będzie pani krzyczeć uderzeń będzie 20«. Po trzecim uderzeniu zemdlałam i nie wiem ile uderzeń jeszcze otrzymałam. Zebrałam wszystkie siły i powoli chwiejąc się na nogach udałam się w kierunku domu, za mną szedł polski chłopak krzycząc i kpiąc ze mnie.

Kobiety, które musiały patrzeć na zakopywanie swoich zmarłych dzieci i mężów, zebrały kilka kwiatków i wetknęły je do ziemi, gdzie leżały najbliższe ich sercu osoby. Kiedy to zobaczyli wartownicy, musieliśmy ustawić się w szeregu, a wartownik zapytał, kto te kwiaty tam włożył? Kilka kobiet wystąpiło i każda otrzymała 75 uderzeń gumową pałką. Opuchnięte pręgi po biciu pękały i wypływała z nich ropa. Pani L. zmarła po takim biciu.

Mówi więźniarka: Groby byłych jeńców wojennych musiały być przez kobiety, mężczyzn i dzieci otworzone. Również mój syn Hugo znajdował się przy tej pracy. Mimo prażącego słońca, zwłoki odkopywano gołymi rękami. Proces gnilny był tak dalece zaawansowany, że gęsta maź wlewała się do obuwia. Panował okropny smród. Pracowano cały dzień bez jedzenia, a kiedy pragnienie zmuszało ich do proszenia o wodę, byli bici kolbami. Mężczyznom zabroniono umyć się wieczorem i nie podano im nic do jedzenia. Musieli pójść spać tak jak stali.

Jedna z więźniarek odnalazła w obozie swego męża. Z radością podeszła do niego. Oboje musieli za karę leżeć trzy dni na ziemi bez jedzenia z twarzą zwróconą ku palącemu słońcu. Zmarli nieco później.

Inna więźniarka dodała: W obozie zmarli: moja 10-letnia córka, matka, siostra, brat, dwie szwagierki i szwagier. Ja byłam bliska śmierci, gdy pozwolono mi wraz z drugą córką i synem wyjechać z transportem na zachód. Przebywałam w obozie 14 tygodni. Ponad połowa mieszkańców mojej wioski zmarła. Z krwawiącym sercem musiałam się pożegnać. Mój brat pokiwał mi ręką, za co został uderzony w twarz. Do stacji wieziono mnie na małym wózku ręcznym, gdyż miałam tyfus i zapalenie żyły. Na peronie zobaczyłam moją chorą sąsiadkę z wioski, która też została przywieziona na wózku. Jeden z wartowników popchnął jej wózek, tak że upadła na szyny.

Niezamężna Magda Walke z Bielic (Bielitze) zapisała swój pobyt w obozie w Łambinowicach następująco: W obozie nie byłyśmy bezpieczne ani przez chwilę. Polacy strzelali dla rozrywki do niektrych kobiet. Panna Hedwig Apostel została ranna w twarz, a pani Marii Wanske strzelono dwukrotnie w brzuch, kiedy czekała przed latrynami na swoją kolejkę. Męczyła się jakiś czas, aż w końcu zmarła. Również w nocy nie mieliśmy spokoju. Do późnej jesieni, gdzie noce są już na Śląsku bardzo zimne, nasz barak nie posiadał szyb, mimo to musiałyśmy spać jedynie w koszulach. Prawie każdej nocy przychodzili wartownicy, zrywali z nas przykrycie aby skontrolować czy śpimy w majtkach. Sporo kobiet i dziewcząt przy tej okazji zgwałcono. Te ktre spały w majtkach lub miały inne rzeczy prócz koszuli na sobie, były bite knutem (bat używany do chłostania skazańców) po twarzy, wyganiane z łóżek i traktowane kopniakami w brzuch, gdyż uważano, że przygotowały się do ucieczki. Wypędzano je poza barak - w środku nocy - i nakazano jako karę, ćwiczenia gimnastyczne.

Pan Johann L. z Piechocic (Bauerngrund) miał długą czarną brodę. Kiedy zobaczyli go wartownicy, od razu się nim zainteresowali. Zawołali do niego „Ty Judasz!, du SS, du Nazi”, napluli mu w twarz i kopali butami. Zmuszono go do skakania przez stojące tam maszyny rolnicze. Kiedy mu się to nie udawało, popychano go siłą. Kazano mu wejść do warsztatu, gdzie wkręcono brodę w imadło. Wartownicy bili go metalowymi prętami, i podpalili mu brodę. Pan L. zmarł w warsztacie. Pochowano go natychmiast wraz z p. H. w rowie przeciwpancernym.

Dzieci z powodu braku odpowiedniej ilości jedzenia często słabły i przewracały się. Dużo dzieci zmarło. W czasie od 25 czerwca 1945 r do czerwca 1946 r. było w obozie około 700 dzieci, z czego około 300 przeżyło. W marcu 1946 r. znajdowały się tu 84 sieroty, których rodzice zmarli lub zostali zamordowani w obozie. Dzieci te, bardzo zaniedbane, opuściły obóz w maju 1946 r.

„Do czasu kiedy ja musiałem chować zmarłych, byli oni grzebani w rowach przeciwpancernych. Kładziono trzy do pięciu zmarłych jednego na drugim. Później ziemią wyrównano wszystko. Po jakimś czasie miejsce to pod ciężarem ziemi i powolnego butwienia zabitych, zapadało się. Musieliśmy wówczas dosypać nowej ziemi. Nie można było w żadnym wypadku w jakikolwiek sposób zaznaczyć, że tu jest wielki masowy grób, np. przez nieco wyższe nasypanie piasku lub przez ułożenie kwiatów. Kiedy pani D. z Bielic (Bielitz) położyła kwiatek na grobie swego męża zabitego w czasie apelu i pochowanego w tym grobie, została przez wartowników potwornie pobita. W czasie wyżej wspomnianego apelu zostali jeszcze zabici p. D. i Josef D. Z Bielic.

Przed czasem, kiedy ja musiałem zająć się pochówkiem zmarłych, zdarzało się często, że osoba która zemdlała, natychmiast została pogrzebana. Gdy ziemia spadając na zemdlonego cuciła go a on zaczynał krzyczeć, wówczas trzeba było szybciej zasypywać dół. Grzebano ową osobę żywcem.

Kiedy zająłem się chowaniem zmarłych, rów przeciwpancerny był już na całym terenie obozu wypełniony. Założono wówczas nowy cmentarz. Groby kopano tak, by w jednym rzędzie zmieściło się 170 zmarłych. Nie można było nigdzie zanotować w jakiej kolejności i gdzie kto leży. Na tym cmentarzu chowano zmarłych do końca 1945 r. Po tym czasie założono nowy cmentarz poza obozem. Cmentarz ten był używany do marca 1946 r. Później został wyrównany, dowieziono brakującej ziemi i zasiano trawę. Od otwarcia obozu do 6 października 1945 roku, kiedy to zwolniono komendanta Gęborskiego, około 90 procent wszystkich zmarłych, zostało zabitych, ale rzadko zastrzelonych.”

W obozie znaleźli się mieszkańcy z 14 wiosek. Były tu zarówno dzieci i osoby bardzo stare, stojące już prawie nad grobem. Ci najstarsi byli kierowani do baraku chorych, tam dostawali tak mało jedzenia, iż najczęściej po kilku dniach umierali. 45 kobiet z dziećmi mieszkały w osobnym baraku. Wszyscy musieli pracować, z dziećmi 10 letnimi włącznie. Nie było możliwości i czasu do prowadzenia właściwej higieny, dlatego też sporo dzieci było pogryzionych przez niezliczone ilości wszy.

Na rozkaz trzeciego komendanta obozu, w marcu 1946 r. musiano policzyć wszystkich zmarłych w czasie od 25 lipca 1945 r. do marca 1946 r. Polecenie wykonał p. A., który pracował przed przeniesieniem go do obozu jako kupiec. Wyliczył on, iż w tym czasie było 3112 zmarłych, do tego należało jeszcze doliczyć tych od marca 1946 r. do czerwca 1946 r., w ilości 180 w ilości. Z powyższego zestawienia wynika, iż w obozie poniosły śmierć 3.292 osoby. Sporo jednak zostało zamordowanych przed wpisaniem ich na listę obozową. Dużo osób zmarło w pierwszych dniach po zwolnieniu z obozu, gdyż byli bardzo wyczerpani fizycznie.

Na temat zamordowanych chciałbym jeszcze dodać, że kiedy pewnego razu uciekł z obozu 17-letni chłopak, za karę zastrzelono 20 osób- mówi jeden z więźniów

W wyniku obozowej kontroli, która stwierdziła nadużywanie władzy przez komendanta, Gęborski został usunięty z tego stanowiska. Gdy w 1956 roku na czele partii stanął Władysław Gomułka i przez krótki okres czasu nastąpiła „polityczna odwilż”, wytoczono Gęborskiemu proces przed Sądem Wojewódzkim w Opolu, który trwał od marca 1958 roku do kwietnia 1959 roku. Rozprawa główna odbywała się przy drzwiach zamkniętych. Komendantowi Czesławowi Gęborskiemu i jego zastępcy Ignacemu Szypule postawiono sporo zarzut, m. in. zamordowanie kilkudziesięciu osób. Akt oskarżenia zawierał kilkanaście stron. Wymienię tylko parę zarzutów:

- z winy strażników poniosła śmierć kobieta w ciąży,

- zastrzelono jej dwuletnią córkę, gdy składała kwiaty na grobie matki,

- do baraku zwabiono dzieci pod pretekstem wydawania mleka. W trakcie jego wydawania strzelano do nich. Kilkoro z dzieci poniosło śmierć,

- w stołówce dla administracji obozu Gęborski polecił Szypule i innym strażnikom mordować codziennie 10 osób, co czyniono,

- Gęborski polecił mężczyźnie przebywającemu w obozie położyć się na asfaltowej drodze, a następnie przejechał po nim kilkakrotnie bryczką. Mężczyzna zmarł,

- Gęborski zabił kobietę strzałem w głowę,

- Gęborski był winnym zastrzelenia 48 osób w czasie pożaru,

- Gęborski zastrzelił 35-letniego mężczyznę,

- w lipcu 1945 r. zastrzelił podejrzanego o przynależność do SS,

- kazał rozstrzelać 10 niewinnych osób, co uczyniono,

- Szypuła zabił uderzając butelką w głowę Jana Henkla,

- 8 września 1945 r. zranił Marię Prousner, a następnie zabił,

- w czasie pożaru baraku zastrzelił Annę Dreszer, Franciszka Wancke, Martę Schmolke i panią Druczman z Bielic,

- 5 października 1945 r. zabił E. Lakwę,

- 7 września pobił Józefa Kubonia, który zmarł,

-9 września pobito i zastrzelono Jakuba Hańko,

Prokuratura Wojewódzka prowadząca śledztwo jak i wiceprokurator Prokuratury Generalnej w Warszawie stwierdzili, że wyliczone w akcie oskarżenia przestępstwa, nie budzą żadnej wątpliwości.

Aresztowany przez U.B.P. Gęborski siedział krótki czas w więzieniu, jednak dzięki znajomościom oraz pokrewieństwu z zastępcą komendanta pow. M.O. podpor. Sułczyńckiego udało mu się w krótkim czasie uzyskać doskonałe warunki w U.B.P. tak, że będąc formalnie więźniem faktycznie stał się urzędnikiem U.B.P. i przesłuchiwał oskarżonych oraz oprowadzał komisję radziecką, która przebywała w obozie w Łambinowicach. Dzięki staraniom swego szwagra podpor. Sułczńckiego oraz kierownika U.B.P., podpor. Filipka oraz innych udało się wprowadzić w błąd wojewodę gen. Zawadzkiego, który polecił zwolnić Gęborskiego i odesłać go do swojej dyspozycji do Katowic, co też zrobiono.

Należy dodać, iż zostało absolutnie stwierdzonym, że straż obozowa oraz Gęmborski dokonywali i dokonują często rabunków przebierając się w mundury żołnierzy radzieckich, lub Wehrmachtu6.

Oskarżonemu Czesławowi Gęborskiemu wystawiono kilka pozytywnych opinii do przedłożenia sądowi w czasie rozprawy. Powiatowy Oddział Informacji i Propagandy w Niemodlinie napisał:: „Stwierdzam niniejszym, że Ob. sierżant Gęborski jako Polak i patriota jest godzien szacunku”.

Sąd uniewinnił oskarżonych od wszystkich zarzutów. Sąd uzasadnił wydanie takiego wyroku, „ponieważ oskarżeni nie przyznali się do winy, w dodatku prasa zachodnia pisała dużo nieprawdy na temat obozu i procesu, gdyż chciała szkodzić Polsce Ludowej” (podkr. autora). W prasie ukazały się artykuły, w których oskarżano Niemców o tworzenie złej aury wokół Polski, i dyskredytowanie jej na rynku międzynarodowym. Niejaki J. Chłopecki w Kierunkach z 1965 roku pisał, iż Gęborski żadnej odpowiedzialności za przestępstwa ponosić nie może, ponieważ w Łambinowicach nikogo nie zabito.

Od 1985 r. mieszkał w centrum Katowic. Był podpułkownikiem milicji w stanie spoczynku. W swoim dwupokojowym mieszkaniu urządził prywatne muzeum, w którym oglądać można było otrzymane odznaczenia: krzyże Oficerski i Kawalerski, dwa krzyże Zasługi, dwa oznaczenia Virtuti Militari, medal „Zasłużonych na Polu Chwały”.

1 Sprawozdanie Starostwa Powiatowego w Niemodlinie z 29 lipca 1945 r.

2 Esser H., Die Hölle von Lamsdorf,

3 Nowak E., Cień...s.80, i dalsze przesłuchania świadków przed sadem w Opolu z tej samej książki.

4 Ruszczewski J., Ziemia tragiczna, „Tygodnik Powszechny”, nr 19 z 13 maja 1990 r.

5 Richthofen B., Die polniche Legendy, wyd. Arndt Kiel 1982 r., s.112-113

6 Sprawozdanie komisji PPR i MBP z wyjazdu do Niemodlina (14-18 luty 1946 r.)

„Zgoda” Obóz koncentracyjny w Świętochłowicach

Jest koniec lutego. Wojna trwa. Obławy, wyciąganie ludzi z tramwajów budzą coraz większy strach. Pukanie do drzwi prywatnych mieszkań o różnych porach dnia i nocy, zabieranie ludzi niewiadomo dokąd, akcje robione sprawnie i po cichu, tak, że nawet najbliżsi sąsiedzi często o niczym nie wiedzieli. Wszystko to powoduje narastające uczucie grozy, niepewności o los swój i najbliższych i sprawia, że ludzie zamykają się we własnych czterech ścianach, ograniczają kontakty z przyjaciółmi, znajomymi, sąsiadami. Obawiają się, że ktoś „sypnie”. Nawet, jeżeli zauważą coś dziwnego czy niepokojącego, boją się zareagować i tylko w duchu szukają rozgrzeszenia za przysłowiowe chowanie głowy w piasek tłumacząc sobie, że wreszcie kiedyś ta wojna się skończy, że wszystko wróci do normalności, że teraz najważniejsze jest nie zwracać na siebie uwagi, myśleć o przetrwaniu, przeżyciu.Uczucie przerażenia i bezsilności potęgują coraz częściej docierające dramatyczne opowieści o obozach.

Mówi się o poniżaniu, głodzie, biciu, gwałtach, torturach, mordowaniu, przetrzymywaniu osadzonych nie wiadomo, za co, bez wyroku jakiegokolwiek sądu w warunkach urągających ludzkiej godności. Niektórzy nie wierzą w te opowieści, uważając, że chrześcijanie wierzący w Boga nie są zdolni do takiego poniżania i maltretowania bliźnich, chociażby w obawie przed gniewem bożym. Inni są zdania, że świat się zmienił a ludzie stali się gorsi niż zwierzęta, są wyzuci z ostatnich resztek człowieczeństwa, jedni zdolni do popełnienia łajdactw budzących wstręt, inni stojąc z boku i przyglądając się tym bezeceństwom dają nieme przyzwolenie na ich popełnianie.

W taki marcowy dzień zatrzymano 14 letnią dziewczynę i jej matkę. Ojciec w tym czasie był w Krakowie.

- Jakiś cywil zjawił się w mieszkaniu i kazał nam się ubrać i iść z nim. "Jadwiga i Dorota będziecie przesłuchane na komendzie. Protesty, że aresztują czternastolatkę na nic się zdały. Zanim wyszliśmy z domu wziął jeszcze co cenniejsze przedmioty wartościowe, jakie posiadaliśmy w mieszkaniu. Pieszo przyprowadził nas do gmachu, w którym rezydowali jego mocodawcy. Tu zostałyśmy przekazane w inne ręce. W tym pomieszczeniu zabrano nam wszystko, co posiadałyśmy, rzeczy osobistego użytku i przedmioty wartościowe. Na koniec pozostała jeszcze tylko chusteczka do nosa, którą przedarto przez pół i dano każdej z nas po połowie. I to było wszystko, co posiadałyśmy. Następnie zostałyśmy zamknięte w pomieszczeniu piwnicy gmachu gestapo. Nie przesłuchiwano nas, ale inne kobiety z tego samego pomieszczenia tak.

Cela to były dwa duże pomieszczenia w piwnicy. Na ścianach znajdowały się napisy więźniów, daty, nazwiska, wiadomości dla rodzin, hasła. Ktoś wypisał koślawym pismem „jeszcze polska nie zginęła”. W piwnicy siedziało wokół ośmiu zdezelowanych prycz około 80 kobiet. Przesłuchiwano je zawsze nocą. Przez okno piwnicy mogłam obserwować jak znęcano się nad mężczyznami.

W trakcie przesłuchiwania z tamtych pomieszczeń dochodziły krzyki, wrzaski, odgłosy bicia. Później wrzucano jak worki z piaskiem do naszej celi tak zmaltretowane więźniarki, że nie wiedziałyśmy jak im pomóc. Krew, siniaki, zadrapania, podarte ubrania. Kładłyśmy je na brzuchu i obmywały z krwi chusteczkami.

W celi siedziały różne kobiety. Była jedna polonistka z Chorzowa, która przechowywała w czasie wojny AK-owca. Inna, starsza pani padła ofiarą pomyłki. Kiedy drzwi celi się otworzyły a stojący w nich mężczyzna powiedział „AK wystąp”, ona myślała, że to mowa o niej i wymieniono jej inicjały, ponieważ nazywała się Augustyna Keiser. Bito ją co noc, tłuczono taboretem. Miała złamaną kość udową, oślepła, jęczała całymi dniami.

Kim byly Jadwiga i Dorota? Matka przed wojną w czasie domowych obiadów mówiła z egzaltacją o Polsce. Ojciec prowadził w Warszawie wielkie przedsiębiorstwo, doktor inżynier i architekt. Budował port w Gdyni, Ostendzie, Dunkierce. „Na początku wojny uciekaliśmy z mamą gdzieś w kierunku Lwowa. Wróciliśmy, gdy Lwów zajęli Sowieci.” Ich dom był ogniskiem oporu, spotykali się tu AK - owcy. Kiedy zrobiło się zbyt ryzykownie, matka zawiozła córkę do ojca do Warszawy, który pomagał Żydom i nie tylko. Dorota mówi: „Sama miałam okazje widzieć, kiedy do niego przyjechał mecenas z Podlasia, dziękując za wyciągniecie go z obozu w Oranienenburgu.”

Z Warszawy wyjechała do Rabki, Krynicy i Krakowa by wrócić do Katowic. W domu miała fortepian, na którym grała różne polskie melodie, między innymi „jeszcze Polska nie zginęła”. Dorota twierdzi, ze; wychowano mnie w polskim duchu, w patosie tradycji, w „miłości do ojczyzny”. Różni „żołnierze” przychodzili do nas w Katowicach co dwa, trzy dni na „rewizje”. Zabierali pierścionki, zegarki i co jeszcze im się podobało.

Po pewnym czasie nie podając powodów z około siedmioma kobietami i kilkoma mężczyznami przetransportowano nas do obozu. Wiezieni byliśmy zwykłym tramwajem kursowym, w którym jechali pasażerowie. Nikt z nich nie zwracał na nas uwagi. Ludzie odwracali wzrok by nie widzieć, by nie być świadkiem czegokolwiek. Pilnowani byliśmy przez oficera w mundurze porucznika. W czasie podróży mężczyźni byli bici. Nikt nie reagował, nie oponował.

Z pętli tramwajowej szliśmy około 15 minut pieszo pod bacznym okiem uzbrojonego podporucznika i dwóch jego pomocników w kierunku obozu. Stały tu cztery wartownicze wieże, a cały teren otoczono podwójnym ogrodzeniem z drutu kolczastego pod prądem. Przy wejściu do obozu nad jego bramą wisiał napis „Arbeit macht frei”. Po przekroczeniu bramy kazano nam stanąć twarzą do ściany i z podniesionymi rękami, musieliśmy tak trwać godziny. Nagle padły strzały, Matka uchwyciła moja rękę i mocno uścisnęła, jakby chciała się ze mną pożegnać. Odwróciłam się, bo myślałam, że strzelają do nas i zaraz nas zabiją. Zobaczyłam oficera w mundurze, który wrzeszczał, że nas tu nie zastrzelą, ale my tu zdechniemy, on się już o to postara. Mam umrzeć, mimo ze nie byłam o nic oskarżona, nie przesłuchiwano mnie, nie otrzymałam żadnego wyroku a w dodatku miałam zaledwie czternaście lat. Jaki to ja byłam wróg?

Nikt nie pofatygował się by spisać ich nazwiska, zarejestrować w odpowiednich księgach – to było nieistotne, niepotrzebne. Nikt nie dał im koców, ubrań, naczyń - były niepotrzebne. Zgodnie z filozofią komendanta mieli tu za „swoje odcierpieć”.

- Po kilku godzinach wolno im było pójść do baraku. Zaprowadziła ich tam kapo. Nie posiadały przez cały czas pobytu żadnej łyżki czy miski. Jadły rękami z zardzewiałych puszek. Głód był tak okropny, że zbierali trawę i ją jedli. Przez cały czas nie widziałam mydła. Do mycia była tylko zimna woda. Obóz był przepełniony tak, że po pięć kobiet musiało dzielić ze sobą dwie prycze. Niektóre z nas siedziały całą noc na podłodze, z powodu braku miejsca na pryczy. Między poszczególnymi deskami było dużo wolnego miejsca, tak że więźniarki spadały na ziemię i na leżące tam kobiety i ranne. Niektóre pochodziły z bogatych domów, lub posiadały własne sklepy, jak np. p. Olga, którą zadenuncjowała sprzedawczyni, której powierzyła do ukrycia pewne kosztowności. Były tu różne kobiety od prostytutek do hrabiny. Część z nich zapewne zachowywała się niegodnie w czasie wojny. Rytm życia lagru wyznaczał rytuał apeli, mycia podłóg i jedzenia.”

Również p. Agnieszka Cholewik przypomina sobie: „Staliśmy tam cały dzień, całą noc i cały następny dzień. Nie wolno nam było siedzieć. W baraku były trzypiętrowe pryczy, spaliśmy na nich po trzy osoby, a także na podłodze. Kiedy chciałyśmy iść do latryny, to musiało się nas zebrać dziesięć osób.” Podobnie mówi Konrad Pieczka: „Po przybyciu do obozu, a było nas około 40 osób, ustawiono nas w szeregu przed jednym z baraków. Staliśmy tam przez trzy dni bez jedzenia i picia i nie wolno było siadać. Kiedy kazano nam iść do poszczególnych baraków, przy drzwiach stało po dwóch kapo i bili nas gumowymi pałkami, wężami.”

- Nikt nie wyobrażał sobie nawet, co nas czeka, jakiego piekła próg przekroczyliśmy, myślałyśmy naiwnie, że albo nas wreszcie przesłuchają albo będziemy pracować.

W bloku kobiecym szefem była kobieta, która często i brutalnie biła. Codziennie musieliśmy brać udział w apelu w obecności oficera w mundurze w stopniu kapitana i jego jednorękiego pomocnika. Mimo posiadania tylko jednej ręki był bardzo brutalny, bił bez opamiętania. Oficer też bił, ale tylko "do towarzystwa".

Mężczyźni wieszali się na paskach od spodni, kobiety często wisiały na drutach na płocie pod prądem. Po placu apelowym przechadzał się „przodownik”, bezręki mężczyzna w bryczesach, z zawieszonym na ramieniu pasem. Bil przeważnie mężczyzn. Przed wojną pracował jako fornal w majątku przyjaciółki matki.

Pani Sonsala powiedziała, że widziała około 10 więźniów, którzy wisieli na drucianym płocie porażeni prądem. Pan Grusa mówił, że” widział kiedy więźniowie popełniali samobójstwo rzucając się na druty kolczaste okalające obóz. W obozie tym był również karcer. Był on usytuowany w jednym z dawnych bunkrów obozu przeciwlotniczego. Wypełniony był wodą. Więzień ukarany karcerem stał w wodzie do wysokości piersi. Przypominam sobie, że pewnego razu brałem udział w wyławianiu zwłok więźnia, który utopił się podczas odbywania kary karceru. Obsługa obozu miała psy. Kiedy przybyliśmy do obozu, musieliśmy przebiec pomiędzy szpalerem funkcjonariuszy, którzy szczuli na nas psy. Większość biegnących została pogryziona.”

Kiedy komendant upatrzył sobie któregoś więźnia, w zasadzie oznaczało to dla tego więźnia wyrok śmierci. Bił wtedy ciężkim taboretem - twierdzi Gerhard Gruschka -

W czasie „odwiedzin” w baraku obsługa kazała kłaść się na podłogę i wówczas deptano po całym ciele, nie oszczędzając także twarzy. Kiedyś przywieziono młodych chłopców, którym również kazano się kłaść na podłogę i deptano ich na śmierć. W dniu urodzin Hitlera bito nas z tej okazji różnymi rzeczami, jak również ciężkimi taboretami.

Henryk Wawro zeznał: „W bloku nr 2 znajdowała się szubienica, prycza, na której torturowano ludzi. Miał węglowy w wiadrze, rurki stalowe obciągnięte gumą. Rzeczy te były oparte o ścianę baraku. W baraku tym były też wiadra wody do cucenia. Po wejściu do bloku czekaliśmy na korytarzu...Weszła grupa starszych mężczyzn i wśród nich był mój ojciec. Zaraz po wejściu dostał bykowcem z tylu w szyję i upadł na twarz. Po ich wejściu zamknęły się drzwi. Dochodziły do nas krzyki i jęki. Po pobiciu osoby były wyrzucane na korytarz, nieprzytomne, zlane wodą. Kiedy ja wszedłem, to kazano nam się położyć na pryczy i byliśmy bici rurkami obciągniętymi gumą, po całym ciele, gdzie popadło.... Ja w czasie bicia zemdlałem. Ocucono mnie wiadrem wody. Kiedy już byliśmy pobici komendant wysypał osobiście cztery wiadra miału węglowego na podłogę i kazał zlizywać go językiem z podłogi i dawać z powrotem do wiadra... Kiedy odzyskałem przytomność na sali w swoim bloku to miałem sińce na całym ciele i wybite dwa zęby w szczęce. Na całym ciele widać było ślady po uderzeniu metalową rurką. Dopiero po upływie miesiąca te ślady znikły. Miałem wówczas 16 lat. Prawie codziennie ktoś z więźniów popełniał samobójstwo, bo nie wytrzymywał tego psychicznie. Najczęściej samobójstwo było popełniane w ubikacji, bo to było jedyne miejsce, gdzie można było zawiesić sznur i się powiesić. Jeżeli ktoś nie chciał sam odebrać sobie życie, to szedł na tak zwane druty i wtedy był zastrzelony przez strażnika obozu, bez żadnego ostrzeżenia. Nie było można zbliżać się do ogrodzenia na odległość 1 metra. Jeżeli ta odległość została przekroczona, to strażnik strzelał. Do obozu został dostarczony mieszkaniec Strumienia-Poddane mający około 60 lat. Zmarł po przybyciu w ciągu tygodnia po pobiciu. Przychodziła pod bramę obozu jego córka, przynosiła mu paczki. Strażnicy je odbierali, pomimo że ojciec już nie żył. Nikt jej nawet o tym nie powiedział”. Więzień Józef Burdy przekazał swoje spostrzeżenia: „Widziałem jak pięć razy więźniarki i więźniowie rzucali się na druty”.

Racja dzienna chleba wynosiła 200 gram, do picia była woda. Nie posiadaliśmy żadnych kubków, robiłyśmy je z kawałków rynny, puszek po konserwach. A p. Józef zeznaje, że po uwięzieniu go w obozie przez pierwsze trzy dni, nie otrzymaliśmy nic do jedzenia. Nieco później otrzymywaliśmy jedzenie, które przyniosła rodzina. A pan Gruschka zeznał: „Dziennie dawano tylko cienką wodzionke i jeden chleb w zależności od zaopatrzenia na 8, 10 lub 12 więźniów. A Rudolf Gosman wyjaśnia: „W czasie jak ja tam byłem, zupa była z kwaszonych buraków drobno posiekanych. Dostawaliśmy pól litra zupy, ale tego nie można było jeść. Jeżeli ktoś miał starą puszkę, to był bogaty. Był jeszcze chleb, kilo lub półtora – jeden na sześć osób. Ja tam nie dostawałem ani kąska margaryny albo marmolady – a to nawet w Oświęcimiu dostawali (pisze o tym John Sack). Za łaźnią i ustępami był taki gnojok – tam wyrzucano z kuchni odpady; nieraz można tam było znaleźć kawałek ziemniaka.”

Egon Jasiński powiedział przed prokuratorem: „Miałem niespełna osiem lat, gdy trafiłem z matką do obozu... Dla mnie wszyscy przesłuchujący byli komendantami. Na terenie obozu znajdowały się także inne dzieci, nawet młodsze ode mnie, tak samo jak ja zabrane z matkami czy obojgiem rodziców”. A więźniarka Melania Uherek: „W obozie nie rejestrowano nas...Przez cały czas pobytu w obozie nie dowiedziałam się, dlaczego zostałam zatrzymana. W ogóle przez cały okres pobytu w obozie ani razu nie byłam przesłuchiwana. W naszej sali były może ze dwie lub trzy kobiety z dziećmi mającymi około sześciu, siedmiu lat”,

Gruschka mówił: „Można sądzić, że dziennie umierało około 20 osób (W czasie epidemii tyfusu odnotowywano do 38 zgonów dziennie). Codziennie rano wyjeżdżał z obozu wóz pchany i ciągniony, który był po brzegi wypełniony zwłokami. Uważam, że umarło tu około 2,5 do 3.0 tys osób. (Od autora: Historycy są zdania, że liczba zmarłych mogła wynosić ok. 4,0 tys., ale trudno dokładnie ją określić, ponieważ nie rejestrowano części liczby zgonów, podobnie jak nie rejestrowano wszystkich przyjętych do obozu.) Zwłoki zakopywano w różnych miejscach, w piaskownicy znajdującej się niedaleko obozu, na dziedzińcu Huty Pokój (Friedrichshütte).” A. Marta Kostecka wspomina: „Na końcu obozu, obok ubikacji leżały zwłoki zmarłych więźniów. Kiedy wywozili te zwłoki, rozlegał się gwizdek ostrzegawczy, wtedy nie było wolno nikomu wychodzić z baraku.” Alojzy Richter dodaje: „Na ceremoniach pogrzebowych nakazywano pogardliwie śpiewać przyśpiewkę: „Jużeś zdechł, jużeś zdechł, jużeś wydal ostatni dech”. Helena Tyrpic wyjaśniła: „Najgorzej było rano, wszędzie leżały zwłoki, które potem sprzątano i odnoszono do jednej budy. Stamtąd wywożono je na cmentarz. Wtedy nikomu nie wolno było być poza barakiem lub wyglądać przez okno...Kiedy przywożono nowy transport więźniów, następnego dnia rano więźniowie zmywali krew z kamienia na placu apelowym.”

A Waltraud Porombki przypomina słowa ojca, który też był w tym, obozie: „Ja już się piekła nie boję, bo piekło na pewno nie jest gorsze niż to, co ja tam przeżyłem. To co jo przeżył, to było gorsze od piekła” A Waltraud Porombki przypomina słowa ojca, który też był w tym, obozie i mówił, że już się piekła nie boi, bo piekło na pewno nie jest gorsze niż to, co tam przeżył. „To co jo przeżył, to było gorsze od piekła”

„W innym baraku bito ludzi aż następowała śmierć. Często widziałam jak wieczorem a zwłaszcza nocą oficer wraz z innymi mężczyznami wchodził do jednego baraku. Po chwili słyszeliśmy bicie i krzyki umierających, a rano z baraku wyrzucano przez okno nagich martwych mężczyzn.” Inny więzień p. Henryk zeznał: „Moim zdaniem musieli być więźniowie bici, ponieważ słyszałem krzyki. Po takiej akcji i nocy widziałem zwłoki, które wynoszono do kostnicy.” Inny więzień Wiesiołek dodał: „Byłem w jednym baraku wraz z ojcem. Jeden człowiek w cywilu wręczył mi pejcz i kazał bić ojca. Nie mogłem tego uczynić, wtedy dal pejcz ojcu każąc bić mnie, swego syna. Ojciec też nie mógł tego zrobić, dlatego funkcjonariusze obozu pobili mnie i ojca. Tortury te trwały około 10 minut, ojciec stracił przytomność a ja opadłem na ziemie. Kiedy nas pobito zajęto się innymi więźniami. Na skutek pobicia wszyscy więźniowie w czasie tortur jęczeli i mdleli.” Pan Edmunt Kamiński zeznał: „ Z tego, co pamiętam, to w samym baraku powiesiło się dwóch więźniów. Nie widziałem, ale słyszałem, że kobiety były gwałcone przez obsługę obozu. Wacław Lochocki potwierdził gwałty mówiąc: „Znam jeden przypadek zgwałcenia więźniarki. Zrobił to jeden ze strażników. Nazywał się Bitman. Zgwałcił wówczas 17-letnia dziewczynę. To samo potwierdził Józef Burdy: „Słyszałem, ale osobiście nie widziałem, że więźniarki były gwałcone przez obsługę obozu. Z tego, co wiem, to gwałty miały miejsce w barakach kobiet.”

„Otrzymywałyśmy 700 g. chleba na 8 kobiet jako przydział dzienny. Cierpieliśmy straszny głód. Do tego jeszcze wszy i pluskwy - prawdziwa plaga. Zostały z nas wychudzone szkielety. Coraz więcej ludzi miało gorączkę, wśród nich moja matka.”

„Kiedy rozpoczęła się epidemia tyfusu oficer wydał rozkaz, aby z baraku powynosić nieprzytomnych. Wśród nich była moja matka. Przeniesiono ich do innego baraku Z uwagi na gorączkę obwiązałam matce łydki swoim stanikiem i majtkami. Gdy matka zauważyła, że ją zabierają, zaczęła śpiewać ludową piosenkę U studni przed bramą. Więźniowie sądzili, że zwariowała. Potem zobaczyłam, że moja matka została zrzucona z noszy i uderzyła głową o beton. Następnego dnia przez okno dostałam się do baraku, gdzie leżała. Chciałam ponownie obwiązać jej łydki i stwierdziłam ślady krwi płynącej z jej ucha do ust. Matka była nieprzytomna. Musiałam uciec przez okno przed zbliżającym się lekarzem obozowym. Ostatkiem sił zdołałam wrócić do baraku kobiet, gdzie z Szwajcarką dzieliłam pryczę aż do jej śmierci."

Do lagru w pewnym czasie szczury wchodziły „hurmem” - wspomina jeden z więźniów, widocznie czuły, że tu będą miały mięso.

- To była prawdziwa inwazja. Atakowały zmarłych, kłębiły się na stosie, wgryzały się w ludzkie ciała. Przez okienko wprost na prycze spadł szczur. Nie miałam sił, żeby zasłonić twarz. Patrzyłam w jego ślepia i myślałam zaatakuje? Nie atakował. Do budynku wczołgała się Jadwiga, matka Doroty. Była w okropnym stanie. Klęczałyśmy i płakałyśmy ze szczęścia, że udało się nam znowu spotkać przy życiu.

-----------------

Czytelnik zapewne zastanawia się o jakim obozie koncentracyjnym piszę. Nie chodzi tu o niemiecki oboz koncentracyjny a o powojenny obóz "Zgoda" w Świętochłowicach. W czasie wojny w latach 1942-1945 obóz byl filią obozu w Oswięcimu, zmarło tu wówczas około 600 uwięzionych, a w sześć miesięcy, kiedy obóz nalezal do Polski, około 4.000 osób. Wydaje mi się, że przyszedł czas, aby powiedzieć prawdę – przejęliśmy pohitlerowskie obozy koncentracyjne, osadziliśmy w nich ludzi bez jakiegokolwiek wyroku sądowego, torturowaliśmy ich, głodziliśmy, mordowaliśmy, przez lata wmawialiśmy społeczeństwu, że to nie prawda.

IPN przesłuchał dużo więzniów Obozu "Zgoda" i wydał na ten temat książkę, z której przejęliśmy część wypowiedzi.

Obóz w POTULICACH

W Obozie Pracy - wg. polskiej nomenklatury - w Potulicach k. Bydgoszczy, dużą liczbę osób uwięzionych stanowiły kobiety z dziećmi i osoby starsze. Według sprawozdania Ignacego Cedrowskiego (lekarza obozowego), obejmującego okres od 1 IV 1947 do 31 I 1948 roku, dzieci w tamtym okresie stanowiły liczebnie ¼ obozu. Na 1285 dzieci poniżej 14 roku życia około 900 pozostawało bez matek. Sprawozdanie z działalności Departamentu Więziennictwa MBP z 15 V 1948 roku sygnalizuje problem gwałtów na kobietach. Ukazuje również wysoki wskaźnik zmarłych noworodków, świadczący o niskich dodatkach żywnościowych dla kobiet.

20 grudnia 1947 r. w obozie koncentracyjnym Potulice k. Bydgoszczy znajdowało się 12.000 Volksdeutschow, 4.000 Reichsdeutsche, 2.000 niezdolnych do pracy Niemców 6.000 dzieci, co razem 24.000 uwiezionych w tym obozie.

Kobiety w ciązy i matki nowo narodzonych dzieci z powodu zbyt małych racji żywnosciowych nie mogły je wykarmić, a te umierały. Przykładowo w sierpniu 1945 r. zmarło 13 maluchow, w marcu 1947 12, a w styczunu 1948 r. zmarło 26 dzieci.

Okoliczni gospodarze przychodzili do obozu by zabrać dla siebie dzieci tam więzione. Znany jest przyklad malego 5 letniego Güthera, który został zabrany na gospodarstwo i musiał w tym wieku wynosić gnój z chlewa .

Bardzo dużo dzieci zabierali Polacy i do dziś nie wiadomo co sie z nimi stalo. Część zostala adoptowana i wychowana zapewne na dobrego Polaka.

Nasuwa sie pytanie gdzie te dzieci miały pracować w obozie? A co mialy tam robić kobiety i mężczyzni ponad 80-letni, z których wielu w tych obozach zmarło? W powojennych obozach polskich więźniowie umierali i byli katowani na śmierć, (podam tylko trzy przykłady: w Łambinowicach pomiedzy 1.500-4000, w Świętochłowicach oficjalnie ponad 1.800, choć szacunki mówią o 2.500-4.000, w Jaworznie z pond 36 tys. uwięzionych, zmarło, zostało zakatowanych na śmierć i zastrzelono 6.987 osób)

Przyszedł już czas, by również Polska powiedziała jasno i wyraźnie „tak, mieliśmy obozy koncentracyjne”, i nie próbowała zrzucać wszystkiego na Sowietów. Wystarczy przeczytać co napisano w Niemodlinie (patrz na początek tego artykułu), wówczas łatwiej będzie znaleźć wspólny język z resztą zjednoczonej Europy. Cała Europa wie już o polskich powojennych obozach i o tym co się w nich działo, a zaprzeczanie ośmiesza jedynie Polskę jako kraj.

W czasie telewizyjnej dyskusji 25 kwietnia 2006, o godz. 22.30 w audycji „Prosto w oczy”, polscy profesorowie tam występujący, byli zdania, że należy w końcu odkłamać polską historią.

W Polsce oficjalnie mówi sie o „Obozach pracy“. Nazywanie tych obozów, obozami pracy, jest co najmniej dziwne. Może ktoś zechce mi wytłumaczyć, co robiły w obozie pracy dzieci w wieku 1-12 lat, a takich w obozie w Lesznie było 339, w Łambinowicach 350 i tyleż samo w innych obozach. Już 20 maja 1945 r. z obozu w Jaworznie wywieziono część dzieci do Potulic k. Bydgoszczy, by tam je skoncentrować w jednym obozie. 1 listopada 1949 r. Centrala Obozów w Warszawie w tajnym piśmie podała, że w obozach znajduje się jeszcze uwięzionych 343 dzieci i 95.395 dorosłych..

Na początek należałoby wyjaśnić nazwę „obóz koncentracyjny”. Słowo koncentracja, wg. polskiego słownika języka polskiego PWN z 2003 r., tom 2, oznacza: „gromadzenie czegoś w jednym miejscu, w jednym punkcie”, „zintensyfikowanie, skupienie działań dla osiągnięcia jakiegoś celu. ”Wielka Encyklopedia Powszechna PWN” z 1965 r. tom 8, nie określa słowa „obozy koncentracyjne”, ale posiada hasło „Obozy koncentracyjne hitlerowskie”, gdzie czytamy: „miejsce uwięzienia tworzone od 1933 r. przez organa III Rzeszy, początkowo w celu izolowania przeciwników hitleryzmu i stosowania wobec nich brutalnych represji...” Należy pamiętać, że istniały obozy koncentracyjne i koncentracyjne obozy zagłady. Nie wszystkie Niemieckie obozy koncentracyjne były obozami zagłady. W czasie wojny istni ało 6 niemieckich obozów zagłady: Oswięcim, Majdanek, Treblinka, Sobibór. Chełmno, Belżec.

Najnowsza encyklopedia „Gazety Wyborczej” z roku 2005, wydana we współpracy z PWN, w tomie 12 przedstawia kilka określeń obozów: obozy hitlerowskie, obozy przesiedleńcze i przejściowe niemieckie; hitlerowskie obozy dla dzieci i młodzieży; obozy internowania żołnierzy; obozy jeńców wojennych; obozy sowieckie ale żadnych polskich obozów, tak jak by ich nie było. W ten sposób okłamuje i nie pozwala własnym obywatelom dowiedzieć się prawdy.

W czasie sympozjum w kwietniu 2006 r., które odbyło się w powojennym obozie w Jaworznie dr hab. Z. Wożniczka w swoim referacie przytoczył wypowiedzi świadków, którzy twierdzili, iż obozy hitlerowskie były łatwiejsze do przeżycia, jak obóz w Jaworznie. W czasie konferencji przedstawiono film dokumentalny, w którym pokazano jak Polacy odnosili się do Ukraińców. Kilku osobom na sali widząc ten film ściskało się serce a niektórzy płakali, ponieważ nie mogli uwierzyć, iż Polacy tak się zachowywali.
Wybrana bibliografia do Potulic

L. Bronka, „Centralny Obóz Pracy w Potulicach w latach 1945 – 1950”, Bydgoszcz 1993, mps pracy magisterskiej.
L. Chrzanowski, Wypędzenia z Pomorza, Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej” 2004, nr 5 (40), ss. 34 – 48.
H. Hirsh, Zemsta ofiar. Niemcy w obozach w Polsce 1944 – 1950, Warszawa 1999.
B. Kopka, Obozy pracy w Polsce 1944 – 1950. Przewodnik encyklopedyczny, Warszawa 2002.
Obóz w Potulicach – aspekt trudnego sąsiedztwa polsko- niemieckiego w okresie dwóch totalitaryzmów, pod red. A. Paczoskiej, Bydgoszcz 2005.
A. Paczoska, Dzieci z Potulic, „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej” 2003-2004, nr 12 -1 (35 – 36), ss.61 – 64.
Potulice, wspólna trudna przeszłość, Nakło nad Notecią 2002.
Wspólna czy podzielona pamięć? Obóz Potulice w latach II wojny światowej i jego powojenne losy, praca zbiorowa pod red. G. Bekkera i W. Stankowskiego, Bydgoszcz 2007.


Góra 
 Zobacz profil  
 
 Post Napisane: 13 kwi 2014, o 12:54 
Offline

Dołączył(a): 15 gru 2012, o 23:18
Posty: 143
Lokalizacja: Myslowitz
http://www.m-ok.pl/oboz-w-swietochlowicach-spotkanie/
Bardzo ciekawe spotkanie, wspomnienia pani Boreczek... przerażające to za mało powiedziane.

_________________
"Panie! Tu nie jest salon damsko-męski! Tu jest kiosk RUCH-u! Ja... Ja tu mięso mam!"


Góra 
 Zobacz profil  
 
 Post Napisane: 17 cze 2014, o 19:25 
Offline
Przyjaciel
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 31 maja 2009, o 22:36
Posty: 7161
Lokalizacja: Chorzów Batory/Wielkie Hajduki
Pochwały: 1
Imię: Henryk.
Na ścianie pamięci cm. ewangelickiego w Świętochłowicach cztery nowe nazwiska
Załącznik:
DSCN0381.JPG
DSCN0381.JPG [ 167.07 KiB | Przeglądane 1527 razy ]

Załącznik:
DSCN0382.JPG
DSCN0382.JPG [ 134.17 KiB | Przeglądane 1527 razy ]

_________________
"Jestem śląskie dziecko i Ślązakiem zginę.Kocham śląską ziemię i śląską krainę....."
Juliusz Ligoń.

[*] http://www.youtube.com/watch?v=4Fx4mshinO0 [*]


Góra 
 Zobacz profil  
 
 Post Napisane: 13 lut 2015, o 08:41 
Offline
Przyjaciel
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 31 maja 2009, o 22:36
Posty: 7161
Lokalizacja: Chorzów Batory/Wielkie Hajduki
Pochwały: 1
Imię: Henryk.
Tak kiedyś wyglądał były kompleks mięsny gdzie wstępnie zwożono aresztowanych,nie wiem w której hali.Może w obu.


Załączniki:
normal_plus.jpg
normal_plus.jpg [ 46.9 KiB | Przeglądane 1359 razy ]

_________________
"Jestem śląskie dziecko i Ślązakiem zginę.Kocham śląską ziemię i śląską krainę....."
Juliusz Ligoń.

[*] http://www.youtube.com/watch?v=4Fx4mshinO0 [*]
Góra 
 Zobacz profil  
 
 Post Napisane: 4 sty 2016, o 09:42 
Offline
Przyjaciel
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 31 maja 2009, o 22:36
Posty: 7161
Lokalizacja: Chorzów Batory/Wielkie Hajduki
Pochwały: 1
Imię: Henryk.
Kolejna inicjatywa RAŚ zakończona sukcesem! Tym razem koła Świętochłowice. 20 listopada 2015 w południe przy budynku dawnej świętochłowickiej Hali targowej, w której od lutego do kwietnia 1945 roku więziono Górnoślązaków aresztowanych przez UB, odbyła się uroczystość odsłonięcia pamiątkowego obelisku. Hala Targowa w Świętochłowicach jest miejscem, przy którym corocznie zatrzymuje się Marsz pamięci ofiar obozu Zgoda. Po długoletnich staraniach podczas przyszłorocznego Marszu będziemy mogli złożyć kwiaty w pod obeliskiem.
Załącznik:
DSCN5112.JPG
DSCN5112.JPG [ 206.86 KiB | Przeglądane 1158 razy ]

Załącznik:
DSCN5111.JPG
DSCN5111.JPG [ 249.36 KiB | Przeglądane 1158 razy ]

Załącznik:
DSCN5109.JPG
DSCN5109.JPG [ 160.51 KiB | Przeglądane 1158 razy ]

Załącznik:
DSCN5114.JPG
DSCN5114.JPG [ 152.16 KiB | Przeglądane 1158 razy ]

_________________
"Jestem śląskie dziecko i Ślązakiem zginę.Kocham śląską ziemię i śląską krainę....."
Juliusz Ligoń.

[*] http://www.youtube.com/watch?v=4Fx4mshinO0 [*]


Góra 
 Zobacz profil  
 
 Post Napisane: 26 lut 2016, o 23:50 
Offline
Przyjaciel
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 31 maja 2009, o 22:36
Posty: 7161
Lokalizacja: Chorzów Batory/Wielkie Hajduki
Pochwały: 1
Imię: Henryk.
Jeszcze coś o komendancie-kacie obozu Samuelu Morel,otóż wg. niepewnych danych z http://chorzowianin.pl/uploads/userfile ... orzowa.pdf
Przy ul.Bałtyckiej 1 w Chorzowie,prawdopodobnie mieszkał oprawca z obozu pracy w Świętochłowicach Zgodzie, Samuel Morel.
Stoi obok tego dla urzędników dawnej kop. "Piast" i zainteresowała mnie jego forma więc kiedyś cyknołem go.
Załącznik:
FILE1047.JPG
FILE1047.JPG [ 215.79 KiB | Przeglądane 1061 razy ]

Załącznik:
S7305357.JPG
S7305357.JPG [ 197.72 KiB | Przeglądane 1061 razy ]

Załącznik:
DSCN4124.JPG
DSCN4124.JPG [ 228.36 KiB | Przeglądane 1061 razy ]

Załącznik:
DSCN4123.JPG
DSCN4123.JPG [ 233.24 KiB | Przeglądane 1061 razy ]

Trobal pytał o jego związki z klubem K.S Ruch Chorzów,ostatecznie nie dało się tego potwierdzić ale udzielał się w środowisku sportowym na Górnym Śląsku.

To co reden wysznupał i wstawił na świętochłowickim forum

"Jak sam pisał, szczególnie cenne były dla niego kontakty z miejscową ludnością oraz z działaczami i piłkarzami klubu „Ruch Chorzów” (swoją słabość do sportu okazał jeszcze w 1965 roku, gdy prosił o zezwolenie na wyjazd w ramach Federacji KS „Gwardia” Warszawa do NRD na mistrzostwa Europy w boksie)."
Z Bałtyckiej blisko miał na Ruch. Nie znalazłem niczego aby potwierdzić, że udzielał się na Cichej, ale był swego czasu prezesem na Baildonie (Trybuna Robotnicza 25 VIII 1966r.)
Załącznik:
morel.jpg
morel.jpg [ 91.51 KiB | Przeglądane 1061 razy ]

I niejako przy okazji wyszło że był magistrem,po moim niedowierzaniu reden wykopał i udzielił mi wyjaśnień

W 1958 roku na Wydziale Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego Samuel Morel obronił pracę magisterską "Praca więźniów i jej znaczenie".
"Anachronizm i aktualność: Idea resocjalizacji w sporze o nowoczesność", Mariusz Sztuka
W 1964 na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego obronił pracę magisterską "Praca więźniów i jej znaczenie"
Wikipedia
W 1953 r. podjął naukę na wieczorowym Uniwersytecie Marksizmu-Leninizmu w Stalinogrodzie (tj. Katowicach), a w 1958 r. zgłosił się na studia na Studium Zaocznym Wydziału Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego im. Bolesława Bieruta. Swoją pracę magisterską poświęcił tematyce, na której znał się naprawdę dobrze – nosiła ona tytuł „Praca więźniów i jej znaczenie”. 12 września 1964 r. stanął przed komisją egzaminacyjną, która zadała mu trzy pytania dotyczące pracy więźniów. I tak Morel został magistrem prawa.
https://www.facebook.com/agnieszka.dzia ... 66668576:0

Gdziekolwiek by tego magistra nie robił to i tak niech go czeluści piekielne pochłoną i wszystkich jego kolegów po fachu włącznie...

Tytuł owej pożal się Boże jego pracy powalił mnie.Komentarz sobie daruję jakie czasy takie prace takich ludzi.

_________________
"Jestem śląskie dziecko i Ślązakiem zginę.Kocham śląską ziemię i śląską krainę....."
Juliusz Ligoń.

[*] http://www.youtube.com/watch?v=4Fx4mshinO0 [*]


Góra 
 Zobacz profil  
 
 Post Napisane: 28 lip 2019, o 18:09 
Offline
Przyjaciel
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 31 maja 2009, o 22:36
Posty: 7161
Lokalizacja: Chorzów Batory/Wielkie Hajduki
Pochwały: 1
Imię: Henryk.
Na ewangelickim cmentarzu w Świętochłowicach nowe dopisane nazwiska
Załącznik:
DSCN0021.JPG
DSCN0021.JPG [ 206.75 KiB | Przeglądane 544 razy ]

Załącznik:
DSCN0023.JPG
DSCN0023.JPG [ 251.81 KiB | Przeglądane 544 razy ]

_________________
"Jestem śląskie dziecko i Ślązakiem zginę.Kocham śląską ziemię i śląską krainę....."
Juliusz Ligoń.

[*] http://www.youtube.com/watch?v=4Fx4mshinO0 [*]


Góra 
 Zobacz profil  
 
Dodaj do: Wypowiedź dla Wykop Wypowiedź dla Facebook
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
 
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 27 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2

Strona główna forum » Eksploracja » Pomniki i miejsca pamięci » Pomniki i miejsca pamięci - Śląskie


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

 
 

 
Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL

[ Time : 0.207s | 18 Queries | GZIP : Off ]